Malownicze miasteczka, pizza i tornado – czyli dłuższy weekend we Włoszech (Kalabria)

Dzień 1

Kiedy w kraju pizga zimnem Włochy są odpowiednim kierunkiem podróżny. Trzy-dniowy urlop w regionie Kalabria, a jakże bogaty w przygody i przypały.

20181123_065251454656764421408433.jpg

Sam przylot nie sprawił nam większych trudności. Po odebraniu bagażu skierowaliśmy się do wypożyczalni samochodów, w której parę dni wcześniej zamówiliśmy auto. Lecz na miejscu okazało się, że jesteśmy dupy wołowe i robiąc rezerwację pomyliśmy dni i samochód zarezerwowaliśmy od dnia następnego. Jak to się stało? Do dzisiaj tego nie wiemy. Mimo sprawdzania zaznaczyliśmy po prostu złą datę wypożyczenia, bo termin oddania był zaznaczony dobrze. Po krótkiej rozmowie z call center okazało się, że za jeden dodatkowy dzień musimy zapłacić więcej, niż za następne 2 i pół dnia łącznie. No cóż … nie chcieliśmy przepłacać. Nasz hotel mieścił się w pobliżu lotniska, tylko po drugiej jego stronie niż terminal. W związku z powyższym stwierdziliśmy, że poradzimy sobie bez samochodu w tym dniu.

20181123_0956386824037041706200572.jpgWujek Google pokazywał, że piechotą dojdziemy w godzinę. Bagaży ciężkich nie mieliśmy (torba na ramię, plecak i torba na kółkach) więc wyruszyliśmy w drogę. Trasa jednak nie okazała się zbytnio przystępna turystyce pieszej. Żeby się nie rozwlekać napiszę tylko, że podróż zajęła nam około 2 godziny. Podczas tego o mało nie weszliśmy w strefę wojskową, wędrowaliśmy koło licznych sadów pomarańczy i szliśmy drogą koło takich wielkich krzaczorów, że Jurrasic Park nam przychodził na myśl patrząc na nie. Na drodze oczywiście zero ludzi. Pustka i odludzie … i jeden opuszczony-zapomniany most. Psy szczekają dupami.

Kolejną niespodzianką był nasz zarezerwowany obiekt. Ogólnie był to zespół budynków pośrodku niczego. Na bookingu w komentarzach było napisane, że to odludzie i że budynek wygląda na opuszczony hotel. Rzeczywiście tak to wyglądało! Jakieś trzy bloki/budynki obok siebie, pusta portiernia, pusty bar, jakieś boiska koło tego wszystkiego. Bo bliższych oględzinach wyglądało to na jakiś były ośrodek sportowo-wypoczynkowy. Teraz raczej zmienił swoje przeznaczenie.
Samochody jakieś stały. Widzieliśmy ze dwoje ludzi kręcących się między budynkami. Ktoś tu mieszkał. Ale w większości okien i drzwi balkonowych widzieliśmy opuszczone rolety antywłamaniowe.
Po telefonie do właściciela okazało się, że dobrze trafiliśmy, i że zaraz przyjedzie z kluczem. Yeey, hurra! Po otrzymaniu klucza, mieszkanko okazało się być w stanie niewiele lepszym od budynku. Robactwa i brudu wszak nie było, tylko stare meble, stary telewizor, rozlatujące się szafki, naderwany prysznic i wielkie łóżko małżeńskie, które okazało się być wielką dwuosobową polówką, na którą narzucono materac i zamaskowano deskami by wyglądało na porządne łóżko małżeńskie ze stelażem. Zasadniczo takie czasy jakby włoskiego PRLu ;P.

Na plus zasługuje wielki taras, obecność (o dziwo działającej) lodówki, bliskość lotniska i zamknięty parking, ale za tą niby niską cenę można znaleźć lepiej.

Nie ma co stękać. Było gdzie spać i było jak się umyć. Ale, ale… może jakiś sklep. No niestety google pokazał nam tylko jednego Carrefoura i to w odległości jeszcze dalszej niż lotnisko. Hmm.. tam iść zamierzaliśmy w ostateczności. W innym miejscu jednak znaleźliśmy na mapie supermarket. Bez żadnych opinii, ale w odległości niecałej godziny. No to cóż? Rzeczy zostawiliśmy i poszliśmy. Trasa googla znów wiodła nas przez znajome zadupia i sady pomarańczy by zakończyć się … na jakiejś prywatnej bramie na drodze gruntowej. Że co? – myślimy.
Szybka analiza zdjęć google earth i okazało się, że nasz supermarket to jakieś logistyczne zaplecze supermarketów, a nie stricte sklep. Brawo my!
Kolejne godziny przyniosły kolejne zadupia i trudy pieszej wycieczki po wioskach kalabryjskich w drodze ku Carrefourowi.

Podsumuję ten czas w punktach:
– na ulicach brak pobocza,
– po rowach pełno śmieci,
– google maps prowadzą na drogi do prywatnych posesji,
– mimo obecności paru gospodarstw agroturystycznych to zasadniczo nic tam nie ma,
– oprócz ludzi w samochodach to nikogo na drogach się nie spotyka.

Dzień skończyliśmy powrotem do wypożyczalni samochodów i odżałowaniem kasy na brykę. Zahaczyliśmy o sklep oczywiście i już wieczór spędziliśmy w wynajętym mieszkaniu.

Nie uznajemy dnia za jakąś katastrofę czy coś. Zobaczyliśmy takie wiejskie włoskie tereny z bliska. Doznanie ciekawe i całość tułaczki na pewno powróci do nas w przyszłości i w towarzystwie uśmiechu 😉

(ciekawostka kolejna w drodze powrotnej Google kazał nam przejechać przez wcześniej spotkany opuszczony most! Mimo wielkich betonowych płyt blokujących do niego drogi to według Google Maps droga jest dla samochodu przejezdna. Super po prostu. Na szczęście dało się go objechać z innej strony)

Dzień 2

Śniadanie, które o dziwo było zawarte w cenie noclegu, okazało się być kawą/herbatą z jednym podłym rogalikiem. No cóż… nie wymagaliśmy już od tej miejscówki za dużo. Zjedliśmy i wyruszyliśmy w drogę.

Celem naszym w tym dniu były dwa miasta – Pizzo i Tropea. No i oczywiście Morze Tyrreńskie.

Do pierwszego miasta dojechaliśmy bez problemu. Zaparkowaliśmy w ścisłym centrum pod bardzo malowniczym zameczkiem. Sam spacer po samym mieście w okolicy zamku polecamy, gdyż uliczki są bardzo malownicze. Miasto, a w każdym razie jego nazwijmy to starówka, mieści się na wzniesieniu, z którego rozpościera się wspaniały widok na morze. Zeszliśmy również do samej wody by móc mimo listopada zamoczyć nogi ;). Spróbowaliśmy też lokalnego przysmaku Tartufo di Pizzo, czyli lody z czekoladowym nadzieniem i posypane kakaem.20181124_1102463214795784546944901.jpg

Chcieliśmy dojść do tutejszego kościoła wykutego w skale, ale niestety by do niego dojść trzeba by było iść ulicą koło jeżdżących szybko samochodów. Więc zrezygnowaliśmy z tego. Specjalnie podjeżdżać tam samochodem również nie chcieliśmy. Zatem do następnej lokacji.

Jadąc do Tropei, która również rozpościera się w większości na wzniesieniu zatrzymaliśmy się najpierw w tutejszym porcie. Pospacerowaliśmy to tu, to tam. Podeszliśmy również na plażę koło portu. Fajnie jest przejść się po pustej ładnej plaży kiedy jest 22 stopnie, a Ty wiesz, że w tym samym czasie, w twoim rodzimym kraju jest maksymalnie 2 stopnie ;P.

Sama Tropea jednak nas trochę rozczarowała. W internecie czytaliśmy, że taka malownicza i w ogóle, a tak naprawdę to średnio wygląda. Uliczkami starówki warto się przejść, ale zasadniczo to już ładniej jest w Pizzo. Na duży plus zasługuje jednak tutejsze jedzenie. W lokalnej knajpce o nazwie Nino e Marcella zjedliśmy tutejsze makaronowe dania.20181124_1445106714914536613159725.jpg

Przed samym powrotem do naszego lokum odwiedziliśmy jeszcze jedną plażę. Nocleg wybraliśmy również z powodu jako takiej bliskości morza. Plaża jak to plaża o tej porze roku była opuszczona. Z wyjątkiem paru wędkarzy. Ciekawostką było to, że wybudowano tu jakąś infrastrukturę, która najwyraźniej jest używana w okresie sezonu. Lampy oświetleniowe, przystanek autobusowy, betonowa mała promenada. Tylko plaża strasznie była zaśmiecona. Ale w okresie letnim może wcale tu tak źle nie wyglądać (według opinii w necie jednak wygląda. Nie warto!).

20181124_1639278272982358324515493.jpg

Dzień 3

Dnia trzeciego postanowiliśmy zobaczyć drugie morze (Morze Jońskie), do którego przylega włoski „but”.

Według prognoz, pogoda po drugiej stronie półwyspu, a właściwie jego części, w której się znajdowaliśmy, miała być lepsza niż w miejscu naszego noclegu. Jednakże rzeczywistość jak zwykle zweryfikowała nadmierne polegnie na prognozach. Już w niecałej połowie drogi do naszego celu złapał nas duży deszcz. A przez duży mamy na myśli wielką ulewę. Wycieraczki zasuwały na najwyższych obrotach, a i tak ciężko się patrzyło przez przednią szybę. Dorzucić do tego kiepską jazdę włochów i niewidoczne znaki poziome na drogach to uzyskujemy warunki tak ciężkie, niczym wieprz na sterydach.

Zbliżając się do miasta Le Castella jednak nie robiło się lepiej, a wręcz na odwrót. Na poboczach były widoczne wodospady błotne z pobliskich pól, które już przelewały się z rowu przydrożnego i wpływały kaskadami na jezdnię. Ale my ostro cisnęliśmy dalej licząc, że jakimś cudem pogoda się polepszy (nasza naiwność).

20181125_1057545432347106400781521.jpgO samym mieście nie mamy wiele do powiedzenia. Wierzymy opisom w internecie, że to malownicza miejscowość. My zdołaliśmy dojechać na nabrzeże by zobaczyć tutejszą atrakcję, a mianowicie zamek na wysepce. Ale skończyło się na pobieżnych zdjęciach z samochodu gdyż pogoda nie zachęcała do wyjścia z samochodu. Pomysł zawitania do jakiejś miejscowej pizzeri też spełzł na niczym, ponieważ z powodu sjesty (albo bytności nie w sezonie) knajpy były pozamykane.
Z powodu lekkiego ssania z żołądku postanowiliśmy na szybko przetrącić coś w starym oklepanym McDonaldzie. Google zaprowadził nas do jednego koło niedalekiej miejscowości Crotone.
Po szybkim posileniu się i powrocie do samochodu spostrzegliśmy, że nawet przestawało padać i nawet rozważaliśmy zwiedzenie owego miasta Crotone. Nie zdążyliśmy jednak zamknąć drzwi od samochodu jak deszcz przybrał na sile i przerodził się w grad (hurra!). Zapadła zatem decyzja o powrocie do Lamezia Terme. Nasze wymagania co do dnia aktualnego spadły tylko do chęci spróbowania włoskiej pizzy. Ale przygody miały dopiero się zacząć.

Ledwo ruszyliśmy spod Maka i patrząc po kałużach przydrożnych wiatr się wzmógł. Niby nic. Następnie na pasie przeciwnym widzę, że samochód się zatrzymał na środku, włączył awaryjne i tak stoi. Dziwne myślę bo przecież nic przednim na drodze nie było. W tym momencie wyprzedza nas szybko samochód. Patrzę więc w tylnie lusterko. I w tym momencie czuję się jak w amerykańskim filmie. W lusterku tym widzę nic innego jak tornado. Czarno-szary lej wirującego powietrza w jakimiś czarnymi elementami kręcącymi się wewnątrz niego. I o zgrozo odległość od niego wynosi około 500 metrów. Niebezpieczeństwo wzrastało, gdyż tornadu niebezpiecznie „dryfowało” w naszą stronę. Na szczęście zdążyliśmy odjechać z tego miejsca. (By nagrać zjawisko wyciągnęliśmy kamerę, ale dopiero jak już oddaliliśmy się na słuszną odległość. Zarzucamy linkiem – https://youtu.be/zo2OXUaK7B4)
Już do końca dnia nerwowo wodziłem wzrokiem po horyzoncie w każdym miejscu by upewnić się, że nigdzie nie tworzy się następny wir.

Kolejną niespodzianką okazała się droga, którą na marginesie godzinę wcześniej jechaliśmy. Barierki przy drodze w jednym miejscu były pozrywane, ale na szczęści nasz pas był przejezdny (Dziennikarz włoski właśnie stał z wielką kamerą i kręcił powstałe szkody). Dalej na drodze błoto naniesione przez wodę zaległo w takiej ilości, że sama droga zrobiła się praktycznie nieprzejezdna.

Szybkie zerknięcie na gps i wybraliśmy inną trasą. Dłuższą i biegnącą przez pobliski Park Narodowy Sila. I tak mieliśmy przymusowe jego zwiedzenie. Oczywiści przejechanie tej trasy zajęło nam ze trzy razy więcej czasu, ale pod pewnym względem było warto.

Wizualnie krajobraz bardzo różni się od tego widzianego na wybrzeżu. Znikają palmy i opuncje. Więcej jest drzew iglastych i liściastych. Dopiero jadąc przez Park czuliśmy późną jesień za sprawą szerokiej gamy barw od jaskrawej pomarańczy, aż po ciemną zieleń. Widoki piękne – las, jeziora i doliny.20181125_1537373742047703048182228.jpg

Wieczór zakończyliśmy wizytą w Pizzeri w Lamezia Terme. Czy była to tradycyjna włoska pizza? Na pewno nie było zwyczaju krojenia jej w znane nam trójkąty. W smaku dobra, tylko ciasto lekko gumiaste i niedające się łatwo pokroić. Ale zasadniczo dajemy lajka i polecamy to miejsce (Pizzeria La Coccinella di Mais Palma).

Dzień 4

Czyli powrót do domu.20181126_0650524156839196366950760.jpg

Nie był on kolorowy i bajkowy. Chociaż rano przywitał nas piękny wschód słońca, to przed odlotem zaczęło padać. A właściwie to lało. Co spowodowało ponad 40 minutowe opóźnienie wylotu samolotu. Do dalszych atrakcji lotu zaliczyć można mnogość wszelkiego rodzaju turbulencji. Wiatr nas trząchał niczym dziecko grzechotkę.

Dwie godziny trząchnięć później… wróciliśmy do kraju!!

Czy żałujemy wyjazdu? Nigdy! Każdy wyjazd uczy i rozwija, a my zyskaliśmy doświadczenie w stresujących i narażających życie sytuacjach 😉

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: